Chcę opowiedzieć historię pewnej rodziny, z którą zetknęłam się w swojej pracy zawodowej.

Gdy poznałam rodzinę R. oraz początek ich historii, opowiedziany przez mamę Piotrusia, którego uczyłam w młodszych klasach szkoły podstawowej, pomyślałam, że zbyt mało informuje się przyszłych małżonków o tym jak najlepiej przygotować się do roli rodziców oraz jak postępować i czego unikać. Dowiedziałam się, że lekkomyślne postępowanie obojga spowodowało, iż nieświadomie uczynili krzywdę własnemu synowi. Nieświadomie, bo zabrakło im wiedzy, nie umieli radzić sobie z własnymi emocjami i rozwiązywać konfliktów. Jak większość małżeństw zawartych w zbyt młodym wieku po okresie miodowych lat i urodzeniu się pierwszego dziecka, które, bardzo zresztą kochane przez oboje rodziców, przyczyniło się do tego, że na szczęśliwym związku pojawiły się rysy. Młoda mama chciała być nie tylko matką, ale też korzystać z „życia” jak to nazywała. Niestety, coraz więcej pracujący mąż, jak jej się wydawało, uciekający od płaczu dziecka, nie umiejący wspierać żony, powodował, iż kobieta czuła się samotna. Bardzo kochała córeczkę, ale obowiązki związane z opieką nad nią często ja przerastały i powodowały poczucie osamotnienia i bezradności. Rodzice nie mogli im pomóc, jego ojciec mieszkał daleko, a ona nawet nie znała swoich, wychowywała się w Domu Dziecka.

Rozmowy z mężem niczego nie ułatwiały, nic nie wnosiły do ich życia. Wtedy zaczęła szukać pocieszenia w alkoholu. To były małe ilości, ot kieliszek wina po którym płacz córki już tak nie irytował, potrafiła być uśmiechnięta gdy mąż wracał z pracy. Kupowała mu piwo do późnego obiadu i samej zdarzyło się wypić kilka łyków. Były miłe chwile, nawet wieczory, kiedy to po położeniu dziecka szli do sypialni razem. Po pewnym czasie zorientowała się, że nie dostała miesiączki. Test był jednoznaczny – ciąża. Oczywiście zaraz przestała pić wino chociaż do piwa ciągnęło ją przez całą ciążę. Tylko kilka łyków, chyba nie zaszkodzi, myślała. W szóstym miesiącu jej ciąży mąż nie wrócił na noc. Rano pokłócili się o coś, jakieś głupstwo. Wtedy przypomniała sobie o schowanej butelce wina. Wypiła kilka kieliszków, to pomogło jej zasnąć.

Poród był ciężki, chociaż dziecko ,chłopiec, urodziło się małe. Miało lekko zadarty nosek z płaskim grzbietem, duże uszy. To po moim ojcu, rzekł mąż gdy odwiedzał żonę. Coś ją jednak w wyglądzie synka niepokoiło. Różnił się nieco od innych dzieci. Słabo ssał, jednak szybko wypisano ją z oddziału położniczego i dlatego nie rozmawiała z nikim o swoich spostrzeżeniach.
Po powrocie do domu opiekując się Piotrusiem zauważała ,że rozwija się on inaczej niż starsza córeczka Zosia. Zosia to było żywe srebro, Piotruś zbyt spokojny nie zwracał na nic uwagi, kiedy mówiła do niego, miała wrażenie że nie słyszy.

Minęło kilka lat… Piotruś nadal był drobniutki mimo tego, iż dbała o jego wyżywienie jakoś mało przybierał na wadze. Chociaż chodzić zaczął o czasie, jednak był niezgrabny, nie umiał prawidłowo utrzymać łyżeczki, nie chciał samodzielnie jeść. Siedział najchętniej na dywanie i bawił się tymi samymi zabawkami, bardzo mało mówił. Mało uśmiechał się, żył jakby w swoim świecie. Pytany o coś podnosił głowę, ale patrzył tak jakoś w bok. Nie lubił też jak ktoś mu się przyglądał. Na spacerach nie interesowały go inne dzieci. Podczas kolejnej wizyty w ośrodku zdrowia lekarka rodzinna wypytywała ją o przebieg ciąży. Była serdeczna, kobieta otworzyła się i opowiedziała lekarce o problemach jakie wówczas miała z mężem i jak sobie radziła z emocjami.
– Pani Małgosiu – powiedziała lekarka – Piotrusia trzeba poddać badaniom. Jednak obawiam się, ze Piotruś nie rozwija się prawidłowo a powodem tego może być przebieg ciąży.
– Przecież ja dbałam o siebie… tylko na początku, gdy jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży, piłam trochę wina… Ale nie paliłam ,nie brałam żadnych leków.
– A potem? – zapytała lekarka? Ten jeden raz… kiedy mąż nie wrócił na noc… upiłam się, ale…. to był przecież chyba już szósty miesiąc. Lekarka nic nie odpowiedziała. Piotruś został skierowany na badania do Centrum Zdrowia Dziecka. Diagnoza okazała się szokiem dla Małgorzaty. ”Alkoholowy Zespół Płodowy”. Ale przecież ja nie piłam dużo, kilka kieliszków wina, kilka łyków piwa…

„Może o tych kilka za dużo”… – pomyślała lekarka, do której o pomoc pobiegła Małgosia.
– Cóż, wiemy już co dolega Piotrusiowi, teraz spróbujemy mu pomóc na ile to będzie możliwe. Piotruś jednak nigdy nie będzie taki jak inne dzieci. Zmiany jakie nastąpiły w jego organizmie, kiedy był jeszcze w brzuchu mamy są nieodwracalne. Piotruś zaczął uczęszczać do szkoły i tak poznałam jego oraz jego rodzinę. Znalazł się w mojej klasie, początkowo „w zerówce” a potem pierwszej i w związku z tym nawiązałam bliski kontakt z jego mamą.

W tamtym czasie dzieci z FAS nie były poddawane takiej terapii jak obecnie, szczególnie w szkołach wiejskich do których należała i ta w której pracowałam. Małgorzata nie chciała rozstawać się z synkiem, prosiła o wszelkie wskazówki, chciała pracować z nim w domu. Oczywiście Piotruś został objęty pomocą pedagogiczną i psychologiczną w szkole i w poradni. A praca w domu, ukierunkowywana przez specjalistów i realizowana przez matkę dawała efekty. Stosowane były różne metody. Ponieważ Piotruś był samotnikiem, nie lubił przebywać w grupie, mama starała się zapraszać do domu dwóch czy trzech kolegów, którzy potrafili razem bawić się. Trudności sprawiała chłopcu nauka czytania, w związku z tym w całym domu pojawiły się kartki z rysunkami i podpisami. Pani Małgorzata miała uzdolnienia plastyczne więc były to małe malarskie arcydzieła.

Piotruś nie lubił przytulania – więc rodzice, bo do pracy z synem włączał się i ojciec – organizowali soboty przytulania. Początkowo tato przytulał mamę, mama Zosię i wszyscy wyrażali z tego powodu ogromną radość. Po pewnym czasie w tych zabawach zaczął brać udział i Piotruś.

Wiele działań matki było inspirowane sugestiami pedagoga i psychologa z poradni, Piotruś uczęszczał też na zajęcia tam organizowane. Był pod opieką logopedy.
Pani Małgorzata chciała dowiedzieć się o FAS jak najwięcej. Wspólnie więc zdobywałyśmy odpowiednia literaturę. Również ojciec chłopca zainteresował się tym tematem. Przyznał kiedyś ,że czuje się w pewien sposób winny tej sytuacji. Urodzenie niepełnoprawnego dziecka zbliżyło małżonków, pozwoliło im dorosnąć do roli rodziców odpowiedzialnych i kochających swoje dzieci.

Dziś Piotr jest dorosły. Choć wciąż ma wiele trudności, radzi sobie w życiu. Największą jest nawiązywanie nowych kontaktów. Piotr jest typem samotnika, jest też dowodem na to, że dobrze prowadzona terapia może dać wiele korzyści. Współpraca specjalistów z różnych dziedzin oraz rodziców i rodziny może przynieść wymierne efekty.

Wiesława Sienkiewicz– wieloletni pedagog